Gębałka (niem. Gembalken) – wieś sołecka w Polsce położona w województwie warmińsko-mazurskim, w powiecie węgorzewskim, w gminie Pozezdrze. W latach 1975-1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa suwalskiego.

Wieś położona jest 13 km na wschód od Węgorzewa. W pobliżu wsi znajduje się kilka niewielkich jeziorek: Głęboka KutaCzarna Kuta, RomintyPiłackieStręgielekPiecek (Sapieniec, Spiczaste), BrząsWilkus

Wieś powstała jako czynszowa w 1562 roku na 40 łanach; sołtysem został Jan Sikora, który za 160 grzywien otrzymał 4 łany sołeckie. Od nazwiska sołtysa wieś zwana była początkowo Sikory (niem. Schickorra), ale później – zapewne również od nazwiska jednego z mieszkańców – nazywana była: GębałkaGębałówkaGembalkofkenGembalken. Potomkowie owego chłopa (Gębałowie, Gemballa) mieszkali we wsi aż do 1920 roku.

Glaz Gębałka [250x166]

W XVII wieku wieś obejmowała nieco ponad 16 łanów, zaś w połowie XIX wieku 19 łanów. W 1858 roku miejscowość liczyła 146. mieszkańców. Szkoła powstała późno, bo dopiero w 1861 roku; w 1935 roku uczęszczało do niej 29 dzieci. W 1939 roku Gębałka liczyła 139 mieszkańców.

Aktualnie wieś jest siedzibą sołectwa. 

Wieś należy do parafii rzymskokatolickiej pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego w Kutach

Znajdują się tutaj dwa głazy narzutowe: jeden na terenie wsidrugi przy drodze do Piłak Wielkich

 

Informacje na temat sołectwa znajdują się również w Biuletynie Informacji Publicznej Gminy Pozezdrze

 

Legenda o powstaniu miejscowości Gębałka

ZŁO Z  GĘBAŁKI

dsc00125zmjpg [250x333]Pierwsze  promienie  słońca  rozświetliły  drogę,  po  której  wolno  poruszały  się wozy , ciągnięte   przez  zmęczone  długą  podróżą konie. Łukasz , który  siedział  na  wozie, zamykającym   ten  dziwny  pochód, czujnie  oglądał  się  za  siebie. Starał się, aby  jadący  z  przodu  nie  zauważyli  troski  w jego  oczach. Czasem  tylko,  jego  i Bartosza  spojrzenia   spotkały  się w  porozumiewawczym uścisku. Im  bardziej  posuwali  się  na  północ, tym czoło  Łukasza  stawało  się  gładsze, głęboka  bruzda  wyżłobiona  przez  niepokój powoli znikała . Czuł, że w  końcu  znajda   swoje   miejsce –on , jego brat i ich najbliżsi. Ta kraina  miała  stać się  ich drugim  domem. Miejscem,  gdzie będą  żyć  ich  dzieci, a  potem  wnuki. Łukasz  już  widział  niecierpliwymi  oczyma  piękną  osadę, domy  z  jasnych  belek  wzdłuż  drogi , bocianie  gniazda , a przede wszystkim szczęśliwe spojrzenie Marii – swojej  wiernej   towarzyszki. Nie  znaleźli  spokojnego  miejsca  w  małej  osadzie  koło  Pisza, zanim zapuścili  tam  korzenie, musieli  znów  ruszyć  w drogę. Uciekli stamtąd  kilka dni  temu, pod  osłona  nocy, pakując w pośpiechu wozy, drżącymi rękoma  zasłaniając  układające  się  do  płaczu usta dzieci, aby  żaden  dźwięk  ich nie zdradził.                W świetle   wschodzącego   słońca   wędrowcy  podziwiali otaczający ich świat. Chłonęli wzrokiem soczystą zieleń  drzew, połyskujące  w oddali   jezioro. Jak różny był  to  widok od  ich rodzinnego  Mazowsza  - płaskiej  krainy, na której   rosły  gęste krzaki jałowca . Kiedy człowiek patrzył na siebie, widział kraj świata. Nie to, co  tu, gdzie  zewsząd  otaczały  lasy i jeziora , a powietrze  było  ciężkie od wilgoci. Nieprzywykli  do  tego  powietrza , bali  się  z  początku głębiej zaczerpnąć  oddech. Ze  zdziwieniem  przyglądali się ludziom  zamieszkującym tę dziwną krainę -  byli jak świat ich otaczający - trochę pochyleni ,  zamknięci  w  sobie  ,  małomówni  .Byli   jak  las . Kiedy    staje  się   na  jego  skraju ,  zdaje  się  on  tajemniczy , trochę  groźny  i  odpychający . Trzeba  przełamać  się , wejść  między  drzewa, powoli, ostrożnie, a  wtedy   odkrywa  on  swoje   wnętrze . Tak   gospodarze  tych   ziem odkrywali  się powoli, bardzo  powoli .                 

Bartosz   odwrócił  się, w  jego  oczach  dostrzegł  Łukasz  zmęczenie i nieme pytanie. Rozejrzał  się, otaczał  ich  las rosnący po obu stronach piaszczystej  drogi. Nie było w  pobliżu jeziora , nie  przybędą   więc  tu  inni  wędrowcy. A drzewa  karczować, wyrwać ziemię  pod  uprawę . Łukasz   dał  znak  -  tu  się zatrzymamy. Strudzeni  wędrowcy schodzili a wozów, prostowali  zmęczone nogi, rozpalali  ogień. Dzieci  rozbiegły  się  wesołą  gromadą . 

Obaj bracia  usiedli pod drzewem, nie  odzywali  się, patrzyli wokół. Nigdzie  żywej  duszy .

-Dobre  miejsce – zagadnął  Bartosz .

Łukasz  milczał, zastanawiał  się, był starszy , na nim spoczywała  odpowiedzialność  za  gromadę .

-Dobrze . Tu  zostaniemy – rzekł  po dłuższej  chwili .

I  zostali. Powoli na skraju lasu wyrosła  osada. Rano  mężczyźni  wyruszali  do  pracy. Wycinali  drzewa . Najchętniej  wybierali  te  wysokie, proste sosny. Z nich przycinali bale , krokwie i deski. Chaty powstały jedna  obok  drugiej, wyjściem  skierowane ku  słońcu,  wzdłuż  drogi . Bale wiązali na  węgłach  w  jaskółczych  ogon , potem  wyżynali  okna i drzwi. Dachy  pokrywali  słomą.

Wkrótce między  Kutami  a Stręglem  stanęła mała osada. Wokół z czasem pojawiły się uprawne  pola .

Łukasz  i Bartosz mieli zręczne ręce, więc  mieszkańcy sąsiednich wsi chętnie  zwracali się do  nich o pomoc  w  sprawach ciesielskich . Bracia wyciągali wówczas ze  skrzyni siekiery, piły, dłuta i szli  pomagać . Na koniec, kiedy chałupa  już stała, spod ich dłoni wychodziły rzeźbione w misterne wzory    ozdoby nad okna i drzwi . Nieznane w tej okolicy, a przez to ciekawsze i bardziej podziwiane .

Wieść o cieślach rozeszła się szybko, ale pojawiła a się też inna-  o tym, że mieszkańcy małej  osady są ”inni”. Nie siadali do stołów po zakończonej pracy, nie pojawiali się w karczmie, gdzie karczmarz Bruno znał gust swoich gości i chętnie im dogadzał. Jeśli przybywali do Węgoborka na  jarmark , to tylko gromadą. Szybko starali się opuścić mury miasta. Zanurzając dłonie w miękkie   tkaniny na straganach, kobiety lękliwie rozglądały się wokół. Kupowali tez mało, nie gromadzili dobra, tylko tyle, ile zmieści się na wozie w razie ucieczki, tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

A że byli małomówni, nikt z okolicy nie wiedział, skąd przybyli i dlaczego wybrali miejsce  w  lesie, z dala od traktów i ludzkich siedzib .

Łukasz natomiast przyzwyczajał się do myśli, że tu przyjdzie mu zakończyć żywota.Tylko czasami w nocy budził się nagle. Zdawało się, że słyszy ciche kroki, że ktoś się skrada, zagląda w okno. Wstawał wtedy, zarzucał kapotę i wychodził na próg chaty. Nie zapalał lampy, bał się zdradzić swą obecność. Wstrzymywał oddech, aby lepiej słyszeć. Ale nic, cisza …Chociaż …Nagle poruszają się liście drzew, ciche rżenie koni w stajni. Strach jeżył włosy, przyspieszał bicie serca .Strach, Łukasz zwracał się w stronę, gdzie zachodzi słońce. Czy Zło, przed którym uciekali, już tu przybyło? W takich  chwilach przypominał przerażoną twarz ojca, jego zaciśnięte palce na swoich dłoniach, oczy szeroko otwarte i szept, który zapisał mu się w pamięci:

-Zło, nie ma ucieczki przed Złem, ono nas ściga, próbuje dosięgnąć. Zło, które wyrządziliśmy  w przeszłości, nie ma przed nim ucieczki… niema…

Zło dosięgło ojca nad ranem, usiadło czarnymi skrzydłami na  piersiach. Odszedł z tego  świata z olbrzymim przerażeniem, zapisanym w martwych oczach. Łukasz widział je, zamykając  drżącymi dłońmi zimne powieki. Widział, że teraz Zło będzie ścigać tych, którzy pozostali z rodu  Gębałków – Łukasza, jego brata i ich najbliższych .

Zmarzniętego, stojącego w bezruchu, z nogami mokrymi od rosy, rano zastawała Maria – jego  żona. Przytuliła się do niego i z niepokojem patrzyła w oczy z niemym pytaniem . Czy to już? Czy znowu mamy ruszać w drogę? Łukasz uspokajał, przecząco kiwał głową. Przyciągnął do siebie ciepłą od snu żonę, obejmował dużymi, silnymi dłońmi. Maria czuła się wówczas bezpieczna, wydawało się jej, że nic im nie grozi, że mogą żyć spokojnie.

A Zło pojawiło się w osadzie niespodziewanie, pewnego jesiennego dnia, przed zachodem słońca. Pierwsza zobaczyła je Maria. Zbladła, zgarnęła gromadkę dzieci do domu i przez okno śledziła czarne ptaszysko, które przysiadło na płocie i nieruchomo obserwowało podwórze.

Łukasz wrócił późno. Kiedy Maria stawiała przed nim miskę z zupą, dostrzegł drżenie jej rąk, dojrzał lęk w jej spojrzeniu. Nie musiał pytać, znał ten strach, który ujrzał teraz w oczach swojej żony. Odsunął miskę, wstał i wyszedł na podwórze.

Wywołał brata z chałupy. Usiedli w tym samym miejscu, gdzie kiedyś podjęli decyzję o założeniu osady. Bartosz z pochyloną głową słuchał starszego brata. A Łukasz nie chciał już uciekać, chciał walczyć ze Złem, stawić mu czoło .

-Nie można tak żyć –tłumaczył rozgorączkowany – musimy zakończyć naszą wędrówkę. Musimy pokonać Zło, które nas ściga .

Rano mieszkańcy małej osady zebrali się na drodze. Niepewni, nie wiedzieli, co robić. Wielkie, czarne ptaki usiadły w oddali, spoglądały na ludzi nieruchomymi oczyma. Osadnicy ruszyli gromadą przed siebie, wyszli w pole, mężczyźni wzięli do rąk kamienie …

W miejscu, gdzie Łukasz i jego brat postawili kiedyś swoje chałupy, z  czasem powstała wieś. Nazwano ją Gębałka. Niewielu jej mieszkańców wie, skąd wzięła się ta nazwa. Natomiast często na kamieniste pole, za wsią zlatują się czarne ptaszyska. Łomot ich skrzydeł jest tak głośny, że ludziom miesza się w głowach. Ogarnia ich strach. Nogi same podrywają się do ucieczki, ale drogi mieszają się przed oczyma - nie ma ucieczki .

Jedni mówią, że to czarownice, ale co starsi mieszkańcy tej okolicy wiedzą, że na mazurskiej ziemi czarownice nie mieszkają. Wiedzą tez, starzy i mądrzy, że nie ma ucieczki przed Złem. Jeśli człowiek czyni Zło, to ono zawsze do niego wraca. Uderza wówczas niespodziewanie, z podwójną siłą.

tekst pochodzi z książki "Mazurskie Opowieści" Jadwigi Tressenberg

Gmina Pozezdrze

Realizacja: IDcom-web.pl